Często słyszymy też, że z Wałęsą walczą ludzie młodzi, którzy nie potrafią wywalczyć sobie miejsca w historii inaczej, niż poprzez opluwanie bardziej zasłużonych jej postaci. Nikt nie raczy zauważyć, że historycy udowadniają jedynie to, co podejrzewali i o czym mówili koledzy Wałęsy z pracy, działacze WZZ-tów, osoby takie, jak Gwiazdowie czy Anna Walentynowicz, które swoje miejsce w historii już mają - nawet gdyby cała masa "autorytetów" wmawiała nam dziś, że "Solidarność", która obaliła komunizm, liczyła jednego członka. "Solidarność" to 10 milionów ludzi, w większości zapomnianych, anonimowych, nieraz klepiących biedę. O których wygodniej jest zapomnieć, paląc kadzidełka przed jednym, który na plecach tłumu wyrósł najpierw na przywódcę, personifikację ludzkich nadziei, a wreszcie arogancki, zakochany w sobie symbol. Co symbolizuje Wałęsa? Walkę? Czy raczej przegraną tych wszystkich, którzy nie przyjaźnią się z wielkimi tego świata? Którzy walczyli nie o pozycję, a o godność i godności tej nie dostali. Ludzi, których dzisiejsi obrońcy Wałęsy się bali, uważając ich za ciemną, katolicką i endecką masę, która nie pokierowana odpowiednio, może postawić na ulicach szubienice. Dzisiejsi obrońcy Wałęsy co chwila próbują wmówić nam, że bronią dobrego imienia "Solidarności", podczas, gdy tej "Solidarności" w roku 1980 się bali, a w roku 1989 wybili jej zęby, uniemożliwiając odrodzenie się jej demokratycznych struktur sprzed stanu wojennego, o czym piszą Gwiazdowie w swojej książce. Najciekawsze, że są to z reguły ludzie, dla których w pewnym momencie i Wałęsa, gdy na chwilę zerwał z ich towarzystwem, stał się symbolem ciemnoty, fanatyzmu i czerni. Którzy oskarżali Wałęsę o antysemityzm i przedstawiali go jako zagrożenie dla demokracji. Wobec którego używano podobnych argumentów, jakimi później niszczono Kaczyńskich, co przypomniał z kolei Ziemkiewicz. Dzisiejsi obrońcy Lecha Wałęsy to ci sami ludzie, którzy kpili z niego jako niewykształconego chama, gdy było im to potrzebne do politycznej gry.
Do walki z książką używa się wreszcie argumentu o ubeckich papierach i o tym, że słowa ubeków są ważniejsze, niż słowa Wałęsy. Tymczasem, to ci sami ludzie przez kilkanaście ostatnich lat dbali o to, by ubecy mieli zapewnione miejsce w publicznej debacie, ci sami ludzie bronili ich przed jakąkolwiek odpowiedzialnością i ci sami ludzie, gdy było im to potrzebne, chętnie udostępniali ubekom i ich współpracownikom łamy swoich gazet i czerpali wiedzę z ich dokumentów. O tym wreszcie, że ubeckie papiery tylko potwierdzają podejrzenia świadków tamtych wydarzeń - już się nie wspomina.
Wyjątkowo fałszywie brzmi ten chór ludzi, którzy nagle poczuli potrzebę obrony dobrego imienia ruchu, który był sumą ich sennych koszmarów. "Solidarności" nie zniszczą ubeckie papiery, ani dociekania historyków. "Solidarność" mogą zniszczyć tylko jej fałszywi obrońcy i przyjaciele, którzy brzydząc się esbeckich papierów, z ich głównych autorów uczynili ludzi honoru i kompanów do kieliszka. Miejmy nadzieję, że im się to nie uda.






