Nie przeszedł do Platformy wprost, coraz częściej deklarując swoje dla niej poparcie. Wszyscy spodziewali się, ze wystartuje w wyborach parlamentarnych z PO, jednak wybrał pozostanie na stanowisku w banku. Coraz brutalniej jednak atakował PiS, zdradzając swoich warszawskich wyborców, którzy udzielili mu poparcia jako kandydatowi tej partii. Nigdy już o nich sobie nie przypomniał, zajęty pociesznym staniem na dwóch łapkach i machaniem ogonkiem przed Donaldem Tuskiem. Czasami grzecznie przynosił nowemu panu patyczek w postaci najpierw elektryzujących, później już zwyczajnie nudnych informacji, jakim to prześladowaniom poddawany był przez dawnych partyjnych kolegów jeszcze jako premier. Jego wypowiedzi stały się tak jednostajne i przewidywalne, że dorobił się ksywki "zetafon", nadanej mu przez Mazurka i Zalewskiego. Przedostatni raz słyszałem Marcinkiewicza, gdy w czasie sporów o rządowy samolot z przekonaniem tłumaczył dziennikarce Trójki, że prezydent nie ma prawa, za to premier ma rację. Kilka dni temu zaś Grzegorz Schetyna poinformował, że Platforma zawarła jakieś porozumienie z Marcinkiewiczem, jednak jego treść ma pozostać tajna, tak, jakby relacje eks premiera z obecną partią rządzącą były dla kogokolwiek tajemnicą.
Od wczoraj prasa, a za nią sieć, pełne są informacji na temat tego, że były polityk ZChN, opowiadający chętnie i często, jak to ceni sobie rodzinne życie i wartości, zaręczył się właśnie z młodszą od siebie kobietą, zapominając na chwilę, że w Polsce ma już rodzinę, żonę i dzieci. Marcinkiewicz uznał zapewne, że skoro tak dobrze sprzedają się bajki o świętach z rodziną, historie o dwóch rodzinach pomnożą jego popularność. W wycieraniu sobie twarzy wartościami chrześcijańskimi zapewne nowa sytuacja Marcinkiewiczowi nie przeszkodzi, zresztą zaprzyjaźnieni biskupi jakoś to załatwią. Marcinkiewicz zdradził najpiew tych, którym zawdzięczał karierę wraz z głoszonymi przez siebie hasłami, później zdradził swoich wyborców i ludzi, którzy zaangażowali się w jego kampanię wyborczą, teraz cykl ten kończy zdradą swojej rodziny i wartości, które głosił, identyfikując się z chrześcijańską frakcją polskich polityków. Nie on pierwszy, nie on ostatni. Nie sądzę, by wpłynęło to na sympatię tłumów. Przecież kochają właśnie Marcinkiewicza-pajaca i Marcinkiewicza-chorągiewkę. Od pajaców i chorągiewek nikt nie wymaga świadectw moralności.







...Moralność? A co można za moralność kupić? Albo za ile da się ją sprzedać?...